Poznaj zainteresowanych sprawami amerykańskimi.
Otrzymuj zaproszenia na imprezy Ambasady USA.
Dyskutuj i publikuj na Polska-USA.pl.
John Brennan zostanie nowym szefem CIA Prezydent Barack Obama nominuje Johna Brennana, swojego głównego doradcę ds. walki z terroryzmem, na stanowisko szefa Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). ... | Barack Obama podpisał porozumienie ws. klifu fiskalnego Obama podpisał w środę (02.01.13) bezkompromisowe porozumienie w sprawie „klifu fiskalnego”, ochraniając tym samym Amerykę od podwyżek podatków i drastycznych, natychmias... | Brak porozumienia w sprawie „klifu fiskalnego” Prezydent Barack Obama zaapelował w niedzielę (30.12.12) do kongresu o podjęcie działania w sprawie tzw. „klifu fiskalnego”. ... |
Człowiek roku 2012, Barack Obama Magazyn „Time” od 1927 roku przyznaje nagrodę dla człowieka, grupie ludzi lub idei, która w minionym roku miała największy wpływ na wydarzenia na świecie. W tym roku tyt... | Obama pracuje nad ‘złożonym problemem’ z bronią Biały Dom nie powiedział publicznie wiele o szczegółach nowej strategii dotyczącej broni, wszystkie ustalenia odbywają się za kulisami. ... | Walka sztabów wyborczych Obamy i Romneya Im bliżej ostatecznego dnia wyborów tym bardziej zacięta walka między Demokratami a Republikanami o głosy obywateli amerykańskich. Sztaby wyborcze prezydenta Obamy oraz k... |
najnowsze opinie
2012-05-22
Administrator
Arena Ekspertów
Zależało nam i zależy w dalszym ciągu na tym, aby Sojusz potwierdzał swoimi konkretnymi decyzjami wagę artykułu 5. Traktatu Waszyngtońskiego, a więc wspólnego zobowiązania do obrony terytoriów krajów członkowskich Sojuszu, także terytorium Polski. Chodzi o konkretne decyzje takie jak ćwiczenia do wykonania ewentualnego - bardzo niechcianego, ale koniecznego dla bezpieczeństwa Polski – planu ewentualnościowego, to jest także wykonanie zadań związanych z wyposażeniem sił zbrojnych, z istnieniem realnych sił przeznaczonych dla wsparcia między innymi na terytorium państwa polskiego, to są sprawy związane z polskim bezpieczeństwem.
Oprócz tego sprawą bardzo istotną jest planowanie rozwoju Sojuszu Północnoatlantyckiego, jego poszczególnych systemów tak, aby były one przydatne do obrony krajów natowskich, w tym Polski. To dotyczy m.in. tarczy antyrakietowej. Polska była zainteresowana i jest usatysfakcjonowana dzisiaj tym, że zostały podtrzymane decyzje o budowie tarczy antyrakietowej tak, że będzie ona zdolna do zwalczania także hipotetycznie możliwych zagrożeń naszego terytorium.
Panie prezydencie, koniec misji w Afganistanie, rok 2014, wszyscy polscy żołnierze wrócą do domów. Proszę powiedzieć, jak pan widzi zaangażowanie Polski po roku 2014?
Dzisiaj udało się uzyskać to, co nie było wcale takie oczywiste i jasne, że misja NATO w Afganistanie kończy się w sposób definitywny z końcem 2014 roku, a przyszła ewentualna misja nie będzie już miała charakteru bojowego. A więc żołnierze polscy rzeczywiście wrócą do kraju, wróci także polski sprzęt. O to trzeba zadbać. Trzeba będzie stworzyć możliwość dróg, komunikacji tak, aby żołnierze polscy bezpiecznie i łatwo dotarli do ojczyzny z powrotem. A co będzie w ramach przyszłej misji natowskiej, bo nie chcemy zostawiać Afganistanu samemu sobie – to będzie przedmiotem twardych rozmów, kto ile może dać, na jakich zasadach. Wydaje się, że najbardziej sensowna jest jakaś partycypacja w szkoleniu i przygotowywaniu afgańskich sił bezpieczeństwa do samodzielnego funkcjonowania. Jest także możliwe doradztwo, na pewno to jednak nie jest operacja bojowa.
Panie prezydencie, fundusz stabilizacyjny, w Polsce, co tu dużo mówić, budzi ogromne emocje. 20 milionów dolarów i to przez 10 lat – to jest propozycja amerykanów. Minister Sikorski mówi: „to zdecydowanie za dużo”. Jaka jest taka kwota…
A ja po pierwsze chciałem powiedzieć, że należy pamiętać o tym, że polska obecność w ramach misji natowskiej w Afganistanie kosztowała mniej więcej miliard rocznie. Warto o tym pamiętać. Warto pamiętać jeszcze o jednym, że zawsze łatwiej się wchodzi do takiej misji, wyjeżdża i uczestnicy w działaniach bojowych, niż je się kończy. To jest stara zasada. Proszę pamiętać, że ci, którzy wysyłali wojska polskiej do Afganistanu mówili, że jadą na rok, a pojechali żołnierze polscy na lat 10 i to jest naprawdę bardzo, bardzo kosztowna misja. O tym należy pamiętać.
Natomiast ile i na jakich zasadach jesteśmy w stanie łożyć na Afganistan, to będzie przedmiotem dyskusji. My się nie palimy do tego, by z góry zapowiadać poziom polskiego zaangażowania i stawiamy problem w sposób jednoznaczny: że dla nas to jest wybór, czy chcemy pieniądze przeznaczać na działanie armii afgańskiej, czy też lepiej je wydać na inne formy pomocy rozwojowej tego kraju, już o charakterze czysto pokojowym, cywilnym. To jest trudny wybór nie tylko dla Polski, ale i dla Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Także nie ma tu żadnych decyzji, cały szereg spraw jest na stole negocjacyjnym. Leżą sprawy i charakteru misji i kwestie finansowe. I jeśli jest parę takich kwestii, to nasza pozycja negocjacyjna nie jest zła.
Panie prezydencie, szczyt NATO był też okazją do rozmów bilateralnych, rozmawiał pan między innymi z prezydentem Janukowyczem. Proszę powiedzieć, w jakim stopniu ta rozmowa dotyczyła Euro2012 i ewentualnego bojkotu?
Rozmowa dotyczyła najpoważniejszego problemu jakim jest perspektywa europejska Ukrainy. Bo niewątpliwie dorobek w postaci wynegocjowanych i parafowanych już umów stowarzyszeniowych i o strefie wolnego handlu między Ukrainą a Unią Europejską jest zagrożony. Tu już nie chodzi o Euro 2012, tu chodzi o to, w którą stronę Ukraina pójdzie po wyborach parlamentarnych, które będą na jesieni tego roku. To jest pytanie czy, pomimo wszystkich ujawnionych mankamentów, także i słabości ustroju państwa ukraińskiego, Ukraina będzie miała szansę na utrzymanie orientacji prozachodniej, czy też zostanie odepchnięta na wschód.
Panie prezydencie, jak w takim razie skomentuje pan deklarację Jarosława Kaczyńskiego, że jego ugrupowanie nie zamierza zakłócać Euro2012?
Bardzo się cieszę, apelowałem o to do wszystkich środowisk i politycznych i związkowych i cieszę się, że tego rodzaju deklaracja pada, bo chyba wszyscy chcielibyśmy, aby Euro2012 było świętem sportu, a nie polityki w Polsce, na Ukrainie i cieszyło nas wszystkich. Warto, przynajmniej na krótko, wszystkie spory w obszarze politycznym, jeśli nie zlikwidować to zawiesić na kołku.
Tutaj w Chicago, panie prezydencie, apelował pan również do Polonii o działania na rzecz zniesienia wiz dla Polski. Czy uważa pan, że rzeczywiście Polonia jest w stanie zdziałać więcej niż prezydent Barack Obama i kongresmeni?
Wie pani, ja przypominać będę zawsze, że to prezydent Stanów Zjednoczonych złożył deklaracje w czasie mojej wizyty w Waszyngtonie, w Białym Domu, w Gabinecie Owalnym, złożył publiczną deklarację o tym, że do wyborów w Stanach Zjednoczonych sprawa likwidacji niedobrego systemu wizowego dla Polski, dla Polaków, będzie rozwiązana. Więc oczywiście, oprócz trzymania za słowo prezydenta Stanów Zjednoczonych, także staramy się mobilizować siły tak, aby mu pomóc. Dzisiaj sprawa jest w Kongresie. Rozmawiałem już dzisiaj z kongresmenem demokratą, będę rozmawiał z senatorem republikaninem, którzy kierują tymi działaniami zmierzającymi do tego, aby parlament Stanów Zjednoczonych zgodnie przegłosował korzystne dla Polaków prawo. To jest nasza forma pomocy w wykonaniu obietnicy prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Panie prezydencie, kilka godzin po naszej rozmowie wsiądzie pan na pokład rejsowego samolotu i wróci pan do Warszawy. Proszę powiedzieć, nie wolałby pan podróżować polską wersją Air Force One?
Wie pani, trzeba się dostosowywać do realnych możliwości. Pewnie, gdyby się zdarzył taki przypadek, jaki miał prezydent Francji, który się przesiadał z samolotu do samolotu, jednak doleciał na miejsce, to pewnie prezydent Polski miałby większe kłopoty.
Panie prezydencie, rozumiem, że widzimy się w Nowym Jorku we wrześniu?
Jestem pewien, że tak.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo, dziękuję serdecznie.
Prezydent Komorowski dla Polsat News po szczycie NATO w ChicagoPolsat News: Z prezydentem Bronisławem Komorowskim spotykamy się w Chicago już po zakończeniu szczytu NATO. Dzień ... |
2012-05-20
Administrator
Arena Ekspertów
Strategia wobec Afganistanu
- W kwestiach Afganistanu jesteśmy jeszcze przed rozmowami, ale wydaje się, że panuje dosyć powszechne przekonanie - na czym mnie osobiście bardzo zależało i zależy - aby rozumieć decyzje podjęte w Lizbonie w sposób jednoznaczny, jako wyznaczenie nie do zmiany terminu końca roku 2014 jako momentu zakończenia misji - powiedział prezydent.
Podkreślił, że tego, jak wspomagać państwowość afgańską po 2014 r., będzie dotyczyła "już zupełnie nowa decyzja, nowy mandat, nowa koncepcja, do której wszyscy, w tym Polska, będą się odnosili, podejmowali decyzje o swoim poziomie zaangażowania".
Dodał, że potwierdzenie daty zakończenia misji wiąże się z koniecznością "działań na rzecz stworzenia dogodnych dróg transportu, tak aby nasi żołnierze, sprzęt mogli wrócić do Polski w jak najlepszej kondycji, w odpowiednim momencie wyznaczonym kalendarzem NATO".
Pytany o kwoty, jakie mieliby łożyć sojusznicy na Afganistan, odparł, że ze względu na obecność wojskową w Afganistanie "Polska przez szereg lat łożyła naprawdę gigantyczne pieniądze; ostatnimi laty były to kwoty rzędu miliarda złotych rocznie".
- Po drugie nie ma żadnych decyzji w tej sprawie i nie sądzę, aby zapadły one w najbliższym czasie, to będzie przedmiotem rozmów dotyczących stanowiska sojuszu jako całości - zaznaczył.
Za optymistyczną wiadomość uznał ogłoszenie wstępnej gotowości pierwszego etapu natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej. - Polska, przypomnę, już zaangażowała się w popieranie projektu tarczy antyrakietowej, spotkały nas z tego powodu różnego rodzaju trudne sytuacje. Dzisiaj jesteśmy zaangażowani w zbudowanie ogólnonatowskiego programu obrony przeciwrakietowej - powiedział.
Wyraził przekonanie, że Polska nie tylko będzie popierała projekt sojuszniczej tarczy antyrakietowej, "w tym ważnego dla Stanów Zjednoczonych komponentu amerykańskiego, ale że zdobędzie się również na własny plan narodowego zasobu pozwalającego na skuteczne zwalczanie zagrożeń".
Z Angelą Merkel o Ukraninie i Euro 2012
Pytany o temat spotkania z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, powiedział, że rozmowa "dotyczyła głównie kwestii ukraińskich, także sytuacji wokół Euro 2012".
- Znaleźliśmy wspólny punkt widzenia na to, że igrzyska sportowe powinny być w stopniu możliwie maksymalnym chronione przed różnego typu sytuacjami natury czysto politycznej. Ale też podzielamy troskę o sytuację na Ukrainie. Ta rozmowa będzie kontynuowana, także po mojej rozmowie z prezydentem Janukowyczem - zapowiedział.
Bronisław Komorowski nie chciał komentować wypowiedzi prezydent Litwy Dalii Grybauskaite, że niektórzy polscy politycy postanowili rozwijać kontakty z Rosją kosztem relacji z Litwą. - Miałem dziś tę satysfakcję, aby na posiedzeniu szczytu NATO mówić o polskim zaangażowaniu także w bezpieczeństwo krajów bałtyckich w ramach misji air policing. Można by wskazać jeszcze parę podobnych działań. Uważam, że tak się powinno myśleć o sąsiadach, będących w tym samym sojuszu i w Unii Europejskiej - oświadczył prezydent.
W poniedziałek rano czasu miejscowego prezydent weźmie udział w spotkaniu szefów państw i rządów na temat Afganistanu, a potem w spotkaniu z przywódcami państw partnerskich NATO. Wieczorem spotka się z przedstawicielami Polonii.
Prezydent Komorowski: Nie tylko Polska za tradycyjną rolą NATOPolska nie jest osamotniona w akcentowaniu zasady wspólnej obrony jako podstawowej funkcji sojuszu - powiedział prezyd... |
2012-05-16
Administrator
Arena Ekspertów
Inteligentna obrona? Chodzi tu także o tę sławetną tarczę antyrakietową, której nie możemy się doczekać?
W 2010 r. odeszliśmy od koncepcji rządu Busha, czyli czysto amerykańskiej tarczy, która nie służyła obronie Polski czy Europy, chodziło wówczas bardziej o pieniądze i ideologię. Zgodziliśmy się na tarczę antyrakietową NATO. Lokalizacja tego systemu w Polsce przewidziana jest na 2018 r. Obawiamy się jednak, że ze względu na przycinane budżety, zastrzeżenia Rosji, brak entuzjazmu niektórych innych państw Sojuszu dla tej koncepcji - NATO nie będzie forsowało systemu obrony antyrakietowej. Nam na tej tarczy szczególnie zależy i będziemy o system walczyć, zwłaszcza że ponieśliśmy już pewne koszty.
Przez poniesione koszty rozumie pan przede wszystkim irytację Rosji?
Mam na myśli pogarszanie stosunków z Rosją i przesuwanie ich rakiet do Kaliningradu czy na Białoruś, która w sensie strategicznym jest częścią Rosji.
Jak tę Rosję postrzegać? Czy między nami a naszymi sojusznikami występują różnice w postrzeganiu Rosji?
Są naturalne różnice. Francuzi widzą zagrożenia w Afryce Północnej, Amerykanie na Bliskim Wschodzie, a my w Europie Wschodniej. Nawet jeżeli nie jest to bezpośrednie zagrożenie - w sensie intencji albo gotowości do naruszenia naszego bezpieczeństwa - to sytuacja wewnątrz Rosji oraz w jej sąsiedztwie może stać się przyczyną niestabilności i mieć głębsze konsekwencje. Musimy pokazać, że na to jesteśmy przygotowani. Ale jak wytłumaczyć laikowi, że trzeba wydawać na zbrojenia, skoro mamy w Europie kryzys gospodarczy? Przecież rząd nie może publicznie powiedzieć, że boimy się Rosji, skoro wszyscy twierdzą, że jakakolwiek wojna jest całkowicie nieprawdopodobna. Budżet militarny musi mieć akceptację społeczną, aby nakładów na nowoczesną broń nie porównywano z wydatkami na mleko dla dzieci w Bieszczadach. Dopóki w pobliżu naszych granic istnieją znaczące potencjały militarne, w tym ofensywne, rakietowe i nuklearne, dopóty musimy dysponować potencjałem odstraszającym, zarówno narodowym, jak i sojuszniczym. Dziś doktryna rosyjska nie jest skierowana przeciwko nam, choć w rosyjskiej retoryce pojawiają się rozmaite stwierdzenia, które słusznie nas niepokoją. Czasem to tylko bicie piany. Po naszej stronie też są środowiska, które uwielbiają bać się Rosji i żyją z tego, że szukają wrogów.
Manewry wojskowe, które Rosjanie przeprowadzili u naszych granic w 2009 r. - Zapad i Ładoga - z jednej strony zademonstrowały liczne słabości rosyjskiej armii, a z drugiej pokazały polityczną, mentalną zdolność Rosji do demonstrowania siły u naszych granic. W takiej sytuacji nie możemy kulić ogona pod siebie.
Po drugie, zmienia się krajobraz geopolityczny. Może nie ma problemów w naszym sąsiedztwie, ale układ geopolityczny zmienia się na niekorzyść Zachodu i to często z jego - czy też naszej - winy. W ostatnich latach Zachód podejmował decyzje, które miały prawo niepokoić państwa w różnych częściach świata, na przykład interwencja w Iraku w 2003 r. I państwa te zaczęły się zbroić i manifestować gotowość do szkodzenia naszym interesom. Ale to bardzo daleko od naszych granic... Obserwujemy zwiększenie wydatków militarnych i możliwości wojskowych m.in. w Azji Wschodniej i Południowej. Nowe potęgi - Chiny, Indie, Brazylia, RPA, kraje z setkami milionów mieszkańców i blisko 10-proc. wzrostem PKB przez kolejne lata z rzędu - dopiero budują potencjał gospodarczy, który przełoży się na zdolności wojskowe.
Polska nie może mówić, że te zmiany jej nie obchodzą. Powinniśmy dodawać swoją cząstkę do potencjału obronnego i zachowywać prawo do wpływu na strategię całego Sojuszu. Dotąd różnie z tym bywało. Dziś jesteśmy bardziej asertywni niż jeszcze kilka lat temu i nie boimy się mówić o naszych oczekiwaniach. Przykładem niech będą istotne zmiany, które Sojusz wprowadził na szczycie w Lizbonie w 2010 r.: tzw. plany ewentualnościowe na wypadek zaatakowania Polski, wspólne ćwiczenia sojusznicze, zakończenie budowy sił szybkiego reagowania oraz sprawiedliwsza rozbudowa logistyki, dzięki której Amerykanie czy Brytyj czycy mo gliby lądować na naszym terytorium w 24 godziny od zaistnienia sytuacji kryzysowej. Ameryka nieustannie zarzuca europejskim sojusznikom, że choć krytykują USA przy każdej okazji, to w sprawach obrony są pasażerami na gapę: nie ponoszą oczekiwanych nakładów finansowych. Polska też jest na cenzurowanym, bo się nie przykłada. Amerykanie mają oczywiście trochę racji, choć należy tutaj wprowadzić dwa zastrzeżenia. Z ich perspektywy świat jest o wiele groźniejszy i niebezpieczniejszy, niż widzimy to w Europie. Po drugie, Amerykanie nadmiernie militaryzują politykę bezpieczeństwa. W Europie uważamy, że polepszamy sytuację przez środki pozamilitarne: wydatki cywilne, aktywność dyplomatyczną i pomoc rozwojową. Zwłaszcza państwa zachodnioeuropejskie sądzą, że takie postępowanie przynosi zdecydowanie większe efekty niż wysyłanie wojsk.
Poza tym problemem w Europie są nie tyle wydatki wojskowe, ile utrzymanie tak zwanej interoperacyjności z Amerykanami. Skoro chcemy działać wspólnie z nimi, to musimy mieć w Europie coraz nowocześniejsze siły zbrojne. Polska jest i tak w dobrej sytuacji, bo sięgamy w wydatkach wyznaczonych 2 proc. PKB - zresztą tylko cztery kraje w Sojuszu przekraczają ten poziom.
Teraz Afganistan. Gen. David Petraeus, póki jeszcze tam dowodził, twierdził, że do połowy 2011 r. powie, czy uda się tę wojnę wygrać, czy nie. Jest już maj 2012 r. i w NATO nie ma jednomyślności, czy wygrywamy, czy nie. To jest sprawa definicji zwycięstwa. Na początku postawiliśmy sobie zbyt ambitne cele i próbowaliśmy je zrealizować wyłącznie przy użyciu instrumentów siłowych, tylko troszeczkę podsypując je cukrem pomocy rozwojowej i dodatkowo korumpując miejscowe elity, by zdobyć ich przychylność dla naszej obecności. Jednak po 2007 r. operacja przekroczyła punkt krytyczny i zaczął się proces jej degeneracji.
Czytaj całosć>>
Co Polska zaoferuje na Szczycie NATO?Wywiad z prof. Romanem Kuźniarem, Doradcą Prezydenta RP ds. międzynarodowych ukazał się w "Polityce" 16 maja 2012 ... |
2012-05-18
Administrator
Arena Ekspertów
- W tej chwili sporu o artykuł 5. już nie ma. Toczył się taki spór trzy-cztery lata temu, gdy były dążenia, by sojusz nadmiernie globalizować, bez oglądania się na zaplecze. Dzisiaj jest pytanie o priorytety - jakie zdolności rozwijać, by zachować wiarygodność artykułu 5., i skąd wziąć na to pieniądze. Problem w tej chwili jest raczej w budżecie niż w pryncypiach - powiedział Roman Kuźniar Polskiej Agencji Prasowej.
- To, co jest dzisiaj problemem, to to, że nie na wszystko wystarcza pieniędzy. Sojusz - w tym my - wydaje pieniądze na ekspedycje - dodał prof. Kuźniar. Przypomniał słowa prezydenta Bronisława Komorowskiego, który wezwał do zakończenia misji afgańskiej, by zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na modernizację armii.
Odnosząc się do inicjatywy Smart Defense prezydencki doradca ds. międzynarodowych powiedział, że dopasowywanie zdolności do budżetu, którym dysponujemy, to nic nowego. - Starania, by to, co każdy może wnieść, jak najlepiej wykorzystać dla ogólnych zdolności sojuszu, czyniono od początku NATO. To nie tak, że wcześniej była stupid defence, a teraz nagle jest smart - zaznaczył Roman Kuźniar.
Jego zdaniem termin "smart defence" to na razie trochę błyskotka konceptualna. - My czasami w Sojuszu Północnoatlantyckim i w Unii Europejskiej wymyślamy sobie jakąś taką błyskotkę, bawimy się nią dwa, trzy lata, a potem zajmujemy się czymś innym - powiedział.
Zdaniem prof. Kuźniara dyskusja może się wiązać z wyborem, jakie zdolności rozwijać w ramach Smart Defense. Według niego należałoby przyznać pierwszeństwo obronie przeciwrakietowej i systemowi systemem obserwacji z powietrza AGS, ideę Smart Defense można by też zastosować do projektów logistycznych związanych ze wspólnymi ćwiczeniami wojskowymi.
Zdaniem politologa w Chicago nie należy oczekiwać wiążących decyzji dotyczących obecności w Afganistanie po roku 2014, kiedy ma się zakończyć operacja ISAF.
- Sytuacja na miejscu nie rozwija się tak, jak niektórzy oczekiwali. Podejrzewam, że dyskusja, jak ma wyglądać obecność NATO po 2014 roku, nie zakończy się w Chicago, że będą jeszcze pomysły, presje, ochoty, by kontyngent natowski był większy czy bardziej aktywny niż przewidywaliśmy jeszcze w Lizbonie. Ten szczyt nie zakończy dyskusji - przewiduje prof. Kuźniar.
Prof. Kuźniar o NATO: Problem w budżecie, nie w pryncypiach-W NATO nie ma sporu o zasadniczą rolę zapisu o wspólnej obronie, chodzi raczej o to, jakie zdolności rozwijać, by... |
2012-03-01
Administrator
Opinie
Duży biznes, mały zysk
Analitycy Demokratów zwracają uwagę na fakt, że wielki biznes, zwłaszcza w okresach nasilonych kryzysów gospodarczych, popiera kandydatów Partii Republikańskiej nawet, jeśli nie oznacza to wzrostu dochodów ich działalności. Wręcz przeciwnie, z badań R. Corwina i L. Gray wynika, że w przypadku większości rządów republikańskich, duże firmy notowały raczej spadek zysków – aż 4 z 5 powojennych recesji gospodarczych przypadło na czasy urzędowania republikańskiego prezydenta. Szefowie wielkich korporacji mimo to nadal bardziej skłonni są publicznie przyznawać się do wspierania Republikanów niż Demokratów. Nie znaczy to, oczywiście, że biznesmeni nastawieni są wyłącznie aksjologicznie do podejmowanych przez siebie decyzji publicznych – duża ich część pragmatycznie kalkuluje, jak opłaca się głosować – faktem jest jednak, że republikańska retoryka „bilansu budżetowego i twardego dolara” odpowiada temu, w co skłonni są „wierzyć” ludzie biznesu. Socjolodzy zwracają także uwagę na fakt, że to Republikanie przywiązują większą wagę do prestiżu i znaczenia biznesu – tak wewnątrz kraju, jak i na zewnątrz. Republikańskie prezydentury to promocja gospodarki amerykańskiej, a także subiektywne poczucie wolności i deregulacji wśród przedstawicieli sektora usług i finansowych krezusów. Ale to poczucie może być złudne w dobie światowego kryzysu gospodarczego. Postaci wiązane z szeroko pojmowanym światem banków i wielkich korporacji są w tej chwili negatywnie odbierane przez amerykańskie społeczeństwo. Zjawisko to dotyczy także prawicowych wyborców, którzy, choć daleko im do ruchu Occupy Wall Street, są również niezadowoleni z beztroski finansowej swoich elit.
Czytaj całość>>>
Za: psz.pl
Kogo poprze Zuckerberg?Wizja polityki zagranicznej prezentowana przez Rona Paula wydaje się być najbardziej kontrowersyjnym elementem jego kamp... |
2012-02-10
Administrator
Opinie
W ostatniej kampanii wyborczej wtedy jeszcze senator Hillary Clinton poddawała w wątpliwość doświadczenie i umiejętności przywódcze swojego głównego oponenta, wtedy jeszcze senatora Obamy posługując się spotem wyborczym podnoszącym słynny już problem telefonu o 3 nad ranem i tego, kto powinien go odebrać. Tej jesieni podobne wątpliwości może prezentować Obama przeciw swoim republikańskim oponentom.
Czytaj całość>>
Za: psz.pl
Zagraniczny bilans ObamyPolityka zagraniczna jako temat kampanii wyborczej nie spędza snu z powiek prezydenta. W ostatnim wywiadzie dla magazy... |
2012-04-25
Administrator
Arena Ekspertów
Z drugiej strony, administracja prezydenta Obamy powtarza, że Stany najlepsze wciąż mają przed sobą, a przyszłość - mimo, iż trudna - obfituje w szansy które należy wykorzystać. Wielu politologów, ekonomistów i strategów przestrzega przed pochopnym skreślaniem Wujka Sama. Czy wkraczamy w erę postamerykańską?
Zapraszamy do zapoznania się z raportem Portalu Spraw Zagranicznych>>>
Goodbye USA? Czy żyjemy w erze postamerykańskiej? Raport Portalu Spraw ZagranicznychKosztowne zaangażowanie amerykańskie na Bliskim Wschodzie, spadek autorytetu Stanów Zjednoczonych za prezydentury George... |
2012-03-06
Administrator
Opinie
Przed rokiem wydawało się, że republikańskie prawybory mają jednego, wyraźnego faworyta: byłego gubernatora Massachusets, Mitta Romneya. Ten miliarder z branży usług finansowych i korporacyjnych przejęć, absolwent Harvardu i syn byłego gubernatora Michigan jest ucieleśnieniem wyobrażenia o elitach północno-wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Jedyne co odróżnia go od typowego WASP-a jest wiara: Romney jest mormonem i to głęboko wierzącym; co roku przeznacza na rzecz Kościoła Świętych w Dniach Ostatnich ok. 10% swoich dochodów.
Kłopoty faworyta
Romney był wysoko oceniany jako umiarkowanie prawicowy gubernator liberalnego stanu, który zazwyczaj skłania się ku Partii Demokratycznej. Starał się nie wdawać w batalie ideologiczne z dominującymi w stanowej legislatywie Demokratami, acz nie wahał się skorzystać z prawa weta by nie dopuścić do przeprowadzenia niektórych radykalnych postulatów lewicowych. Za jego kadencji obniżano podatki i utrzymywano zrównoważony budżet, wprowadzono też uniwersalne ubezpieczenie zdrowotne, podobne w swych założeniach do reformy przeprowadzonej przez administrację Baracka Obamy. Romney jest kandydatem republikańskiego establishmentu. Nie budzi jednak entuzjazmu bazy Grand Old Party oraz oddolnych ruchów ewangelicznych czy herbacianych: jest dla nich za mało konserwatywny, zbyt daleki od prawicowej ortodoksji. Jego sytuację pogarsza fakt, że chcąc pozyskać republikańskich wyborców wielokrotnie zmieniał zdanie w podstawowych kwestiach, takich jak aborcja czy reforma służby zdrowia. W rezultacie, stracił poparcie wielu wyborców niezależnych a zdecydowani konserwatyści i tak uważają, że zachowuje się jak chorągiewka na wietrze. Co prawda udało mu się zażegnać niebezpieczeństwo płynące ze strony prawicowo – populistycznych kandydatów takich jak Michelle Bachmann, Herman Cain czy Rick Perry, to jednak pod ostrzałem dawnego Przewodniczącego Izby Reprezentantów Newta Gingricha i byłego senatora z Pensylwanii Ricka Santorum, jego dotychczasowo pewna kampania zachwiała się. Wciąż odnosi zwycięstwa (m.in. na Florydzie czy w Michigan), jednakże wielu obserwatorów wskazuje, ze wykrwawia się on w ciągłych bitwach ze swymi konkurentami.
Pretendenci do tronu
Sytuacja trzech rywali Romneya: Ricka Santorum, Newta Gingricha oraz libertarianina z Teksasu, Rona Paula jest bardzo zróżnicowana. Santoru dzięki zwycięstwu w Iowa stał się faworytem obozu konserwatywnego. Jego religijne poglądy oraz pewna doza prowincjonalnego populizmu pozwalają mu zdobyć poparcie gorzej wykształconych wyborców, tzw. błękitnych kołnierzyków. Santorum zwyciężył w Colorado, Minnesocie i Missouri – stanach, dotkniętych deindustrializacją, leżących w słabo zaludnionych regionach USA. Gingrich, początkowy faworyt prawicy wygrał jedynie w Karolinie Południowej, po czym zaliczył ogromny spadek poparcia – tyleż spowodowany jego kontrowersyjnymi wypowiedziami co milionami wydanymi na kampanię negatywną przez powiązane z Romneyem tzw. Super PACs (quasi-niezależne osoby prawne, dysponujące nieograniczonymi przez prawo funduszami, które mogą przeznaczyć na kampanię wyborczą dopóki nie konsultują się wprost ze wspieranym przez nie kandydatem). Ron Paul nie wygrał w żadnym stanie – cierpliwie zbiera jednak poparcie delegatów zajmując dobre drugie lub trzecie miejsca w stanach takich jak Maine, Washington czy Nevada. Jego celem jest doprowadzenie do takiej sytuacji, w której na konwencji Partii Republikańskiej „jego” głosy będą konieczne w celu wyłonienia jednego kandydata – i wykorzystać ten moment na promocję swojego wolnorynkowego i pacyfistycznego programu.
Pola bitew
Super Tuesday zapowiada się na ciężką batalię dla Romneya. Wśród dziesięciu stanów są co prawda takie, w których zwycięstwo Romneya jest praktycznie pewne – jak rodzime Massachusets czy Vermont, są też jednak miejsca, w których będzie musiał stoczyć zażarte bitwy: Georgia (rodzimy stan Gingricha, który jeżeli chce pozostać w wyścigu musi tam zwyciężyć), Alaska czy Tennessee. Poparcie jakie otrzyma Romney w stanach południowych będzie dla niego i partyjnych elit testem: na ile kandydat ten jest w stanie wzniecić entuzjazm wśród najbardziej wiernych wyborow prawicy: religijnych mieszkańców południa? Jeżeli Santorum wygra w takich stanach jak Virginia czy Oklahoma, to potwierdzi on swój status konserwatywnego faworyta, zmuszając Romneya do ścigania się o poparcie wyborców prawicy, tym samym spychając GOP coraz bliżej ściany.
Wielką niewiadomą pozostaje Ohio. To duży stan, wysyłający znaczna liczbę delegatów a przy tym wewnętrznie zróżnicowany. Znajdują się tam zarówno typowo republikańskie bogate przedmieścia i tereny rolnicze, jak też i centra przemysłowe – niegdyś głosujące na Demokratów, od lat osiemdziesiątych począwszy uznawane za będące bazą tzw. Reagan Democrats, czyli wyborców, którzy przynajmniej potencjalnie gotowi są głosować na kandydata Republikanów. Kłopot w tym, że Romney nie jest w stanie zdobyć ich poparcia – oskarżany jest o elitaryzm i przedstawiany, zarówno przez Demokratów jak i republikańskich konkurentów, jako oderwany od życia miliarder. Jego rozmaite gafy, taki jak publiczne ogłaszanie, że „lubi zwalniać ludzi”, nie przysparzają mu w trapionej wysokim bezrobociem Ameryce poklasku.
Uśmiech Obamy
Możliwe są tak naprawdę trzy scenariusze. Romney może wygrać Super Tuesday w przekonującym stylu, raz na zawsze ucinając spekulacje na temat swojej kandydatury. Triumf Ricka Santorum również pozostaje możliwy do wyobrażenia – na południu cieszy się on stabilnym poparciem, a jego „robotnicze” korzenie mogą się podobać w Ohio. Wreszcie, możliwy jest jeszcze jeden scenariusz, który najbardziej ucieszyłby obecnego lokatora w Białym Domu, a mianowicie względny remis. Romney wygrałby tam, gdzie wszyscy przewidują, ze wygra: w stanach bogatych, raczej liberalnych, leżących na północy USA, Santorum utrzymałby zaś poparcie konserwatystów. Prowadziłoby to do przedłużającej się wojny na wyniszczenie pomiędzy kandydatami GOP. W przeciwieństwie do długich prawyborów wśród Demokratów z 2008 roku, które pozwoliły wyborcom zapoznać się z Barackiem Obamą a w konsekwencji zbudować dla niego stabilną bazę poparcia, obecny wyścig wśród Republikanów przypomina krwawą wojnę domową: wszyscy przegrywają. Jeszcze pół roku temu z Obamą wygrywali zarówno teoretyczny, nienazwany kandydat prawicy jak i Romney czy nawet Ron Paul. Obecnie, poparcie dla wszystkich uczestników prawyborów konsekwentnie spada, a Obamie udało się odzyskać zaufanie społeczne. Do pewnego stopnia jest to zasługą napływających dobrych danych o gospodarce amerykańskiej. Jednakże wyniszczająca kampania oparta na czarnym PR, którą prowadzą praktycznie wszyscy kandydaci z pewnością przyczynia się do erozji poparcia Republikanów; brudy wyciągane poszczególnym politykom rzutują na całą partię.
Co więcej, dobre wyniki osiągane przez Ricka Santorum spychają partię na prawo. Jego nieprzejednania postawa w kwestiach takich jak związki homoseksualne, służba wojskowa gejów i lesbijek czy nawet antykoncepcja odstraszać mogą wielu umiarkowanych wyborców w tzw. swing states, stanach „wahających się”. Poruszanie tematów tzw. wojen kulturowych zmusza pozostałych „kandydatów na kandydata” do zajęcia jakiegoś stanowiska, zazwyczaj – z obawy przed utratą zdyscyplinowanego elektoratu - bliskiego konserwatystom. Mówi się, ze prawybory w GOP wygrywa się dochodząc do prawej ściany a następnie, w czasie wyborów, wytrwale dążąc ku centrum. Jednak w tym roku Republikanie mogą zbyt późno spostrzec, że z drogi którą obrali nie ma powrotu.
Źródło: Portal Spraw Zagranicznych
Republikańskie prawybory: decydujące starcie?Super Tuesday, czyli wtorkowe, jednoczesne prawybory republikańskie w dziesięciu stanach zadecydują nie tylko o tym, kto... |
|
||||||||||||||||
|
||||||||||||||||










