Serwis jest efektem współpracy Ambasady USA w Polsce i Fundacji Instytut Spraw Zagranicznych

May 16

Co Polska zaoferuje na Szczycie NATO?

Prof. Roman Kuźniar, Doradca Prezydenta RP
Wywiad z prof. Romanem Kuźniarem, Doradcą Prezydenta RP ds. międzynarodowych ukazał się w "Polityce" 16 maja 2012 roku.


Marek Ostrowski:  Co mamy do załatwienia na rozpoczynającym się szczycie NATO w Chicago?


Roman Kuźniar: Cztery główne sprawy: sposób zakończenia misji afgańskiej - w jakim stylu, jakim kosztem; dalej - tzw. smartdefence, inteligentna obrona, która ma umocnić Sojusz (m.in. łączenie potencjałów wojskowych poszczególnych państw). Ważne z naszego punktu widzenia stosunki Sojuszu z Rosją i wreszcie miejsce Europy w wysiłku obronnym całego Zachodu.


Inteligentna obrona? Chodzi tu także o tę sławetną tarczę antyrakietową, której nie możemy się doczekać?


W 2010 r. odeszliśmy od koncepcji rządu Busha, czyli czysto amerykańskiej tarczy, która nie służyła obronie Polski czy Europy, chodziło wówczas bardziej o pieniądze i ideologię. Zgodziliśmy się na tarczę antyrakietową NATO. Lokalizacja tego systemu w Polsce przewidziana jest na 2018 r. Obawiamy się jednak, że ze względu na przycinane budżety, zastrzeżenia Rosji, brak entuzjazmu niektórych innych państw Sojuszu dla tej koncepcji - NATO nie będzie forsowało systemu obrony antyrakietowej. Nam na tej tarczy szczególnie zależy i będziemy o system walczyć, zwłaszcza że ponieśliśmy już pewne koszty.


Przez poniesione koszty rozumie pan przede wszystkim irytację Rosji?


Mam na myśli pogarszanie stosunków z Rosją i przesuwanie ich rakiet do Kaliningradu czy na Białoruś, która w sensie strategicznym jest częścią Rosji.


Jak tę Rosję postrzegać? Czy między nami a naszymi sojusznikami występują różnice w postrzeganiu Rosji?


Są naturalne różnice. Francuzi widzą zagrożenia w Afryce Północnej, Amerykanie na Bliskim Wschodzie, a my w Europie Wschodniej. Nawet jeżeli nie jest to bezpośrednie zagrożenie - w sensie intencji albo gotowości do naruszenia naszego bezpieczeństwa - to sytuacja wewnątrz Rosji oraz w jej sąsiedztwie może stać się przyczyną niestabilności i mieć głębsze konsekwencje. Musimy pokazać, że na to jesteśmy przygotowani.

Ale jak wytłumaczyć laikowi, że trzeba wydawać na zbrojenia, skoro mamy w Europie kryzys gospodarczy? Przecież rząd nie może publicznie powiedzieć, że boimy się Rosji, skoro wszyscy twierdzą, że jakakolwiek wojna jest całkowicie nieprawdopodobna.

Budżet militarny musi mieć akceptację społeczną, aby nakładów na nowoczesną broń nie porównywano z wydatkami na mleko dla dzieci w Bieszczadach. Dopóki w pobliżu naszych granic istnieją znaczące potencjały militarne, w tym ofensywne, rakietowe i nuklearne, dopóty musimy dysponować potencjałem odstraszającym, zarówno narodowym, jak i sojuszniczym. Dziś doktryna rosyjska nie jest skierowana przeciwko nam, choć w rosyjskiej retoryce pojawiają się rozmaite stwierdzenia, które słusznie nas niepokoją. Czasem to tylko bicie piany. Po naszej stronie też są środowiska, które uwielbiają bać się Rosji i żyją z tego, że szukają wrogów.


Manewry wojskowe, które Rosjanie przeprowadzili u naszych granic w 2009 r. - Zapad i Ładoga - z jednej strony zademonstrowały liczne słabości rosyjskiej armii, a z drugiej pokazały polityczną, mentalną zdolność Rosji do demonstrowania siły u naszych granic. W takiej sytuacji nie możemy kulić ogona pod siebie.


Po drugie, zmienia się krajobraz geopolityczny. Może nie ma problemów w naszym sąsiedztwie, ale układ geopolityczny zmienia się na niekorzyść Zachodu i to często z jego - czy też naszej - winy. W ostatnich latach Zachód podejmował decyzje, które miały prawo niepokoić państwa w różnych częściach świata, na przykład interwencja w Iraku w 2003 r. I państwa te zaczęły się zbroić i manifestować gotowość do szkodzenia naszym interesom.

Ale to bardzo daleko od naszych granic...

Obserwujemy zwiększenie wydatków militarnych i możliwości wojskowych m.in. w Azji Wschodniej i Południowej. Nowe potęgi - Chiny, Indie, Brazylia, RPA, kraje z setkami milionów mieszkańców i blisko 10-proc. wzrostem PKB przez kolejne lata z rzędu - dopiero budują potencjał gospodarczy, który przełoży się na zdolności wojskowe.


Polska nie może mówić, że te zmiany jej nie obchodzą. Powinniśmy dodawać swoją cząstkę do potencjału obronnego i zachowywać prawo do wpływu na strategię całego Sojuszu. Dotąd różnie z tym bywało. Dziś jesteśmy bardziej asertywni niż jeszcze kilka lat temu i nie boimy się mówić o naszych oczekiwaniach. Przykładem niech będą istotne zmiany, które Sojusz wprowadził na szczycie w Lizbonie w 2010 r.: tzw. plany ewentualnościowe na wypadek zaatakowania Polski, wspólne ćwiczenia sojusznicze, zakończenie budowy sił szybkiego reagowania oraz sprawiedliwsza rozbudowa logistyki, dzięki której Amerykanie czy Brytyjczycy mo gliby lądować na naszym terytorium w 24 godziny od zaistnienia sytuacji kryzysowej.

Ameryka nieustannie zarzuca europejskim sojusznikom, że choć krytykują USA przy każdej okazji, to w sprawach obrony są pasażerami na gapę: nie ponoszą oczekiwanych nakładów finansowych. Polska też jest na cenzurowanym, bo się nie przykłada.

Amerykanie mają oczywiście trochę racji, choć należy tutaj wprowadzić dwa zastrzeżenia. Z ich perspektywy świat jest o wiele groźniejszy i niebezpieczniejszy, niż widzimy to w Europie. Po drugie, Amerykanie nadmiernie militaryzują politykę bezpieczeństwa. W Europie uważamy, że polepszamy sytuację przez środki pozamilitarne: wydatki cywilne, aktywność dyplomatyczną i pomoc rozwojową. Zwłaszcza państwa zachodnioeuropejskie sądzą, że takie postępowanie przynosi zdecydowanie większe efekty niż wysyłanie wojsk.

Poza tym problemem w Europie są nie tyle wydatki wojskowe, ile utrzymanie tak zwanej interoperacyjności z Amerykanami. Skoro chcemy działać wspólnie z nimi, to musimy mieć w Europie coraz nowocześniejsze siły zbrojne. Polska jest i tak w dobrej sytuacji, bo sięgamy w wydatkach wyznaczonych 2 proc. PKB - zresztą tylko cztery kraje w Sojuszu przekraczają ten poziom.


Teraz Afganistan. Gen. David Petraeus, póki jeszcze tam dowodził, twierdził, że do połowy 2011 r. powie, czy uda się tę wojnę wygrać, czy nie. Jest już maj 2012 r. i w NATO nie ma jednomyślności, czy wygrywamy, czy nie.

To jest sprawa definicji zwycięstwa. Na początku postawiliśmy sobie zbyt ambitne cele i próbowaliśmy je zrealizować wyłącznie przy użyciu instrumentów siłowych, tylko troszeczkę podsypując je cukrem pomocy rozwojowej i dodatkowo korumpując miejscowe elity, by zdobyć ich przychylność dla naszej obecności. Jednak po 2007 r. operacja przekroczyła punkt krytyczny i zaczął się proces jej degeneracji.


Czytaj całosć>>

Komentarze (0)Add Comment

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
Autor: prezydent.pl
Drukuj PDF

Ekonomia

najważniejsze informacje z amerykańskiej i globalnej gospodarki

Czytaj więcej >>

Energia

informacje o działaniach wpływających na bezpieczeństwo energetyczne USA i Polski

Czytaj więcej >>

Ekologia

najnowsze trendy i tendencje

Czytaj więcej >>