| Paweł Laidler: „Cudowne Lata” – Osobiste rozważania nad Ameryką po 9/11 |
| Środa, 27 Stycznia 2010 19:29, Wpisany przez dr Paweł Laidler |
|
Strona 1 z 5 Kiedy miałem pięć lat, ojciec otrzymał stypendium na Uniwersytecie Purdue w West Lafayette (Indiana), dzięki czemu całą rodziną wyjechaliśmy na około dwa lata do Stanów Zjednoczonych, a właściwie ‘do Ameryki’ – miejsca kojarzonego przez Polaków jako raj i oaza wolności. Oczywiście nie mogłem wówczas w ten sposób odbierać tego kraju, więc moje dziecinne obserwacje ograniczały się głównie do porównywania różnic poziomu życia kilkulatków w PRL-u i USA, wśród których się wychowywałem w malutkim miasteczku uniwersyteckim. Czas spędzony w przedszkolu i pierwszej klasie szkoły podstawowej wzbudził we mnie poczucie, że oto jestem wśród wspaniałych ludzi chętnych do pomocy w każdej, nawet błahej wydawać by się mogło, sytuacji. Kiedy okazało się, że nie umiem sznurować butów, wezwano do szkoły ‘specjalistę’ w tym zakresie (choć pewnie niektórzy koledzy z powodzeniem poradziliby sobie z nauczeniem mnie tego arcytrudnego fachu), który codziennie spotykał się ze mną w czasie zajęć i pokazywał tajniki wiązania sznurowadeł. Cała grupa uczniów była do tego stopnia zaangażowana w obserwację moich postępów, że kiedy wreszcie osiągnąłem sukces po raz pierwszy, przerwano zajęcia i wszyscy z zapartym tchem obserwowali, jak wiążę tenisówki. A gdy, nie bez trudności, zawiązałem lewego buta, rozległy się gromkie brawa i wszyscy klepiąc mnie po plecach z wyrazem uznania powtarzali: you made it! Innym przykładem zaangażowania Amerykanów w moje wykształcenie, były działania podejmowane przez panie wychowawczynie Siegrist i McKinnis, dla których każde dziecko z osobna było ważne i należało mu poświęcić jak najwięcej czasu. A dzieci było w grupie kilkanaście i – co wtedy było dla mnie tyle ciekawe co dziwne – niemal każde miało inne pochodzenie, co wyrażało się w różnym brzmieniu nazwisk, akcencie, kolorze skóry, czy religii. Dla mnie była to prawdziwa mieszanka beztroskich dzieciaków, które wspólnie rozwijały swoje zainteresowania intelektualne, manualne czy sportowe, znajdując czas na liczne spotkania w szkole i poza nią (na boisku, w parku, na sleep-over czy przy barbecue). Jednak symbolem przyjaźni, który utkwił mi do dziś w pamięci i zapewne pozostanie jednym z najważniejszych elementów charakteryzujących moją Amerykę lat dziecięcych, był gest jaki cała klasa wykonała na pożegnanie mnie i mojej rodziny kiedy przygotowywaliśmy się do powrotu do Polski. Opuszczając Stany Zjednoczone w 1983 roku otrzymałem paczkę pełną ubrań, zabawek i książek kupionych przez rodziców wszystkich dzieci – efekt inicjatywy pani wychowawczyni, która z jednej strony chciała pożegnać jednego z jej ukochanych uczniów, a z drugiej strony chciała obdarować kogoś, kto wraca do kraju targanego konfliktami i niepewnego jutra. To był moment, w którym po raz pierwszy zrozumiałem jak wiele dla Amerykanów znaczy słowo ‘wolność’: kiedy dziś o tym myślę, paczka nie była dla mnie symbolem dobrobytu (choć mogła), ale symbolem pomocy starszego brata, który pomaga młodszemu (i słabszemu) w potrzebie. Z żalem opuszczałem Amerykę – kraj, w którym poznałem wielu wspaniałych ludzi i spędziłem dwa niezapomniane lata. Już wtedy wiedziałem, że muszę tam w przyszłości jeszcze raz wrócić. Przynajmniej raz. |

Kiedy miałem pięć lat, ojciec otrzymał stypendium na Uniwersytecie Purdue w West Lafayette (Indiana), dzięki czemu całą rodziną wyjechaliśmy na około dwa lata do Stanów Zjednoczonych, a właściwie ‘do Ameryki’ – miejsca kojarzonego przez Polaków jako raj i oaza wolności. 


