|
Maj
24
|
Patrioty w Polsce |
|
Jakub Wojas
|
22 maja "Financial Times" podał, powołując się na polskiego wiceministra obrony Stanisława Komorowskiego, że na mocy bilateralnego paktu bezpieczeństwa Polska dostanie baterię rakiet Patriot rozlokowaną pod Warszawą wraz z setką amerykańskich żołnierzy jeszcze przed końcem tego roku. Jednak według Amerykanów bateria w Polsce ma być nieuzbrojona i przeznaczona jedynie do celów szkoleniowych, co z kolei kłóci się z polskim stanowiskiem.
Umiejscowienie wyrzutni rakiet w naszym kraju było jednym z głównych warunków polskiego rządu w czasie negocjacji, w sprawie tarczy antyrakietowej. Obecny polski system obrony przeciwrakietowej wymaga koniecznej wymiany. Rakiety Patriot 3 (PAC – 3) są jednymi z najnowocześniejszych tego typu na świecie. Pracę nad PAC – 3 rozpoczęły się po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Zadaniem tych rakiet jest strącanie lub rozbijanie spadających pocisków w ostatniej fazie lotu.
Na podstawie deklaracji bezpieczeństwa z 20 sierpnia 2008 r. wyrzutnia tych rakiet wraz z amerykańską obsługą miałby się znaleźć pod Warszawą. Deklaracja została podpisana jako uzupełnienie do umowy o stacjonowaniu w Polsce amerykańskiej baterii rakiet przechwytujących, czyli części tarczy antyrakietowej. Sprawa tarczy jest obecnie jednak niepewna, lecz zarówno prezydent Obama jak i sekretarz obrony USA Robert Gates potwierdzili, że niezależnie od tarczy rakiety Patriot i tak wzmocnią polską obronę przeciwrakietową. No właśnie, czy rzeczywiście wzmocnią? Amerykanie chcą wysłać do Polski rakiety bez głowic. Głowice wprawdzie nie zawierają żadnego ładunku wybuchowego, jednak bez nich Patrioty są bezużyteczne. Bateria ma więc służyć jedynie celą szkoleniowym. To diametralnie różni się od polskiego stanowiska. Ponadto Waszyngton nie godzi się na warunki rozlokowania baterii w Polsce. Warszawa chce, żeby amerykańscy żołnierze podlegali polskiej jurysdykcji, płacili przynajmniej część podatków, a rakiety znajdowały się na terenie bazy pod polskim dowództwem.
Prezentowane stanowisko USA wydaje się mieć związek z polityką Obamy „nowego otwarcia wobec Rosji”, czyli pod żadnym pozorem nie drażnić Moskwy. Władze rosyjskie od samego początku były zarówno przeciwko tarczy jak i rakietom Patriot w Polsce. Sama bateria jest wielka szansą dla Polski. Jeżeli w naszym kraju znajdą się na stałe rakiety Patriot to jest duża szansa, że spowoduje to znaczne wzmocnienie naszej armii i to nie tylko tą jedną baterią. Minister Klich uważa, że rakiety PAC - 3 powinny być początkiem tworzenia pełniej osłony przeciwrakietowej. System taki ma powstać do 2018 roku.
Jeśli raz wejdzie się w linię technologiczną Patriotów, to można je potem pozyskiwać łatwiej i taniej. Obecnie tak robią Zjednoczone Emiraty Arabskie, które zamawiają od USA kolejne partie tychże rakiet. Z czasem możemy uczestniczyć w projekcie pocisków antyrakietowych THAAD, które mają trzykrotnie większy zasięg. Do tego jednak pierwsza i wpełni sprawna bateria Patriotów musi się znaleźć w Polsce. Miejmy nadzieje, że polski rząd w negocjacjach z Amerykanami stanie na wysokości zadania i że nowoczesna, polska obrona przeciwrakietowa stanie się faktem. |
|
Maj
22
|
Czy USA uczyni Polskę mocarstwem? |
|
Jakub Wojas
|
|
Tyle political fiction, ale tak swoja drogą ten cały scenariusz Friedmana przypomina mi przepowiednie dotyczące słynnego roku 2012. Tam także po III wojnie światowej Polska ma stać się światowym mocarstwem. Niemniej, jednak Rzeczpospolita tradycje mocarstwowe ma i to wcale nie małe. Państwo polsko – litewskie powstające od 1385 roku w dość szybkim czasie wyrosło na regionalną potęgę, a za czasów króla Kazimierza Jagiellończyka możemy już mówić o mocarstwie liczącym się na cały kontynencie. Od tego czasu Polacy (a także Litwini i Ukraińcy) walczyli o dominacje nad Bałtykiem, bronili chrześcijaństwa, okupowali przez dwa lata Moskwę. Wpływy państwa polsko – litewskiego, a później Rzeczpospolitej Obojga Narodów sięgały od morza do morza. Wraz z śmiercią króla Władysława IV zaczęła się, niestety jazda w dół. Wojny, bunt, anarchia to wszystko w końcu doprowadziło do utraty statusu nawet regionalnej potęgi, a od 1717 roku, czyli sejmu niemego suwerenności na rzecz państwa carów. XVIII wiek skończył się największą tragedią w naszej historii - rozbiorami.
Przez 123 lata polscy działacze niepodległościowi wyobrażali sobie wskrzeszona ojczyznę jedynie jako silne państwo, dominatora w regionie. Szansa dość mocna na odbudowanie dawnej Polski z przynależnym jej blaskiem pojawiła się za czasów Napoleona. W 1812 roku polskie wojska znów pojawiły się na Kremlu i… niedługo potem znów musiały go opuścić. Tęsknotę za dawną potęgą wyraził Alojzy Feliński w 1815 roku w pieśni „Boże coś Polskę”.
Główny budowniczy odradzającej się ojczyzny - Józef Piłsudski także pragnął otoczyć ją „blaskiem potęgi i chwały”. W 1919 roku w wywiadzie dla francuskiej gazety powiedział: „Polska musi stać się mocarstwem równym innym europejskim mocarstwom”. Pośrednio do tego prowadziła jego koncepcja federacyjna, nawiązująca do idei Polski jagiellońskiej. 8 maja 1920 roku Polacy wraz z Ukraińcami zajęli Kijów. Polskie społeczeństwo wpadło w euforię, wydawało się, że powrót do czasów świetności jest bliski. Jednak już kilka miesięcy później to bolszewicy stanęli pod Warszawą. Granicę z traktatu ryskiego nie zapewniły odrodzonej Rzeczpospolitej wymarzonego statusu. Lecz ambicje mocarstwowe nie dawały o sobie zapomnieć. Najsilniej było to widoczne po 1926 roku, gdy do władzy doszedł obóz piłsudczykowski. Polska dyplomacja zaczęła notować znaczące sukcesy. W 1927 r. II Rzeczpospolita stała się nazwijmy to półstałym (na 3 lata) członkiem Rady Ligi Narodów. Potem udało się storpedować pomysł tzw. paktu czterech, zagrażającego polskim interesom, podpisano układy o nieagresji z III Rzeszą i ZSRS, prowadzono samodzielną politykę wobec głównych graczy europejskich. Kraje Europy Zachodniej na początku lat 30 zaczęły w pewnym stopniu traktować Polskę jako tzw. półmocarstwo. Liczono się z Polską w sprawach związanych z układem wschód – zachód, dotyczących Niemiec i Rosji Sowieckiej.
O mocarstwowej randze swego państwa był bez wątpienia przekonany szef polskiej dyplomacji od 1932 roku, Józef Beck. Snuł on plany oparte na ideach Marszałka, które polegały na skupieniu państw w Europie Środkowowschodniej pomiędzy Niemcami a Rosją w różnego rodzaju sojuszach, w który dominującą role odgrywałaby Polska. W taki sposób narodziła się idea III Europy, nigdy zresztą niezrealizowana. Po aneksji Śląska Zaolziańskiego w 1938 roku ambasador Polski w Paryżu Juliusz Łukasiewicz wydał broszurę pod znamiennym tytułem: „Polska jest mocarstwem”. Publikacje przyjęto na tyle dobrze, że musiano zrobić je dodruk w kolejnym roku. Jednak to złudzenie o mocarstwowej Polsce pękło jak bańka mydlana we wrześniu 1939 roku.
Polskie ambicje, żeby z wojny wyjść jako silne państwo także spełzły na niczym. Dominacja radziecka stała się faktem. W epoce Gierka znów pojawiły się mocarstwowe zapędy. Nasz kraj miał być 10. gospodarka świata, a w laboratoriach pracowano nad polską bombą atomową, to wszystko było okraszone propagandą sukcesu, gdzie wódz PRL to europejski lew salonowy, a Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się lepiej. W drugiej połowie lat 70. w związku z rosnącym zadłużeniem zagranicznym, dramatyczną sytuacją gospodarczą ambicje pozostały już tylko ambicjami.
A czy obecnie Polska ma szansę liczyć na pozycję mocarstwa? Bez wątpienia tak. Polska nie godzi i nie powinna się godzić na bycie statystą w najważniejszych sprawach międzynarodowych. Prowadzenie polityki ponad stan mamy nie jako już we krwi. Zarówno I jaki II RP prowadziły taką dyplomacje. Choć nikt tego nie mówi otwarcie obecnie także mamy ambicje mocarstwowe. Pomimo, że do takiej roli nie predestynuje nas ani potencjał gospodarczy czy militarny, to III RP ma szanse stać się mocarstwem. Państwa słabsze posiadają dziś o wiele większe szanse, dzięki aktywnej i zręcznej polityce do międzynarodowego awansu. Trzeba tylko znać proporcje. Globalne mocarstwo, abstrahując od wizji Friedmana, nie jest w najbliższych latach do zrealizowania. Na co wiec Polska może liczyć? Na regionalna potęgę, liczącą się w sprawach całego kontynentu i sądzę, że jesteśmy tego bliscy. Ba, zaryzykuje nawet stwierdzenie, że Polska może się uważać za europejskie półmocarstwo, lokalnego lidera. Aby jednak awansować do tzw. pierwszej ligi państw europejskich potrzeba nam długofalowej wizji politycznej ściśle opartej na kontaktach z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi.
Po 1989 roku nasze ambicje mocarstwowe zostały najsilniej rozbudzone w 2003 roku z związku przyznaniem nam własnej strefy stabilizacyjnej w Iraku, obok Wielkiej Brytanii i USA. Polska stanęła w równym szeregu wśród wielkich tego świata i to w rozgrywce dużego kalibru. Naszemu społeczeństwu wydawało się, że USA podobnie jak w Korei Południowej czy Izraelu sprowadzi do polski technologie, rozrusza naszą gospodarkę, polskie firmy zarobią krocie w Iraku, a polska obecność tam to dopiero początek wywyższenia Polski do roli głównego sojusznika Stanów w Europie. Przed takim myśleniem przestrzegał nas Zbigniew Brzeziński, który uważał, że Warszawa jest jedynie czasowo potrzebna Amerykanom i miał racje. Offset, wizy i brak namacalnych korzyści z obecności w Iraku stały się symbolami małej wartości sojuszu z USA. Miłość do Stanów Zjednoczonych w polskim społeczeństwie zaczęła z roku na roku słabnąć.
W 2005 r. premier Marcinkiewicz w swoim expose podjął sprawę, która miała ponownie podnieść znaczenie Polski na arenie międzynarodowej, a przede wszystkim jako jednego z najważniejszych sojuszników USA. Była to oczywiście sprawa tarczy antyrakietowej. Rząd PiS wykazywał daleko idące poparcie dla tego projektu. W kontaktach międzynarodowych USA było stawiana przed Unią. Bodaj w 2007 roku dziennikarze zastanawiali się czy możliwe jest stworzenie osi Waszyngton – Tel Awiw – Warszawa. Tak się jednak nie stało. Nasze stosunki z USA w mediach sprowadzały się za każdym razem do sprawy wiz, które z przyczyn często niezależnych od obydwu stron nie były możliwe do zrealizowania.
Do sprawy tarczy antyrakietowej doszło zwiększenie polskiego kontyngentu w Afganistanie. Był to ruch ze wszech miar słuszny. Duża obecność polska w najważniejszej misji NATO, mogła doprowadzić nie tylko do podniesienia prestiżu Polski jako wiarygodnego sojusznika, ale także Polska mogłaby mieć większy wpływ na decyzje w NATO dotyczące właśnie Afganistanu, tym samym rola naszego kraju także by wzrosła. Niestety, polski kontyngent 1200 żołnierzy został rozproszony, a przez to nasza obecność tam stała się miej widoczna.
Części polskich polityków wydaje się, że ścisły sojusz ze Stanami przyniesie takie same korzyści jak Izraelowi, czy Japonii. Jest to jednak mylne wrażenie. W tamtych krajach USA widziało korzyści z uczynienia ich regionalnymi potęgami. W Polsce Waszyngton nie ma przesłanek żeby prowadzić podobną politykę. PiS, który postawił na ściślejszy sojusz z Amerykom, nieco się przeliczył. W stosunkach z USA w ciągu dwóch lat nic nie drgnęło. Nadal nie było wymiernych korzyści naszej miłości do Stanów Zjednocznych.
Kluczem do wzrostu naszego znaczenia w stosunku z USA jest Unia Europejska, jeżeli tam będziemy silni to silni również będziemy dla Stanów Zjednoczonych. W UE Polska powinna odwołać się właśnie do swojej imperialnej tradycji, jak to zresztą robią inne kraje. Na przykład Francja chcę odpowiadać za kontakty całej Wspólnoty z państwami Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, z kolei Hiszpanie z krajami Ameryki Łacińskiej. Polska powinna się skupić na krajach Europy Wschodniej tj. Ukrainie, Białorusi, Mołdawi, Gruzji itd. Program Partnerstwa Wschodniego będzie największym sukcesem polskiej dyplomacji w UE, jeżeli będzie początkiem szerszych działań zmierzających do: po pierwsze, zeuropeizowania tych krajów, a po drugie stworzenia wspólnej polityki wschodniej UE za którą będzie odpowiadać Polska. „Jesteśmy tym silniejsi na zachodzie, im jesteśmy silniejsi na wschodzie” te słowa Jerzego Giedroycia zdają się potwierdzać także w odniesieniu do USA. Na ostatnim szczycie w Pradze prezydent Obama pochwalił Polskę za projekt Partnerstwa Wschodniego. Stany Zjednoczone również bardzo mocno popierały polskie zaangażowanie w pomarańczową rewolucje na Ukrainie i w mobilizacje społeczności międzynarodwej w czasie wojny w Gruzji.
Trzeba jednak zaznaczyć, że aby wzmocnić się na wschodzie, nie można zamykać się na zachód. Trafne tutaj wydaje się porównanie ministra Sikorskiego, że można kierować motorówką, ale można także stać na mostku kapitańskim wielkiego tankowca. Nie powinno więc nam zależeć na zostaniu królem trzeciej ligi państw, lecz na przynależeniu do ligi pierwszej.
Polska ma jeszcze jeden ważny atut, czyli swoje geopolityczne położenie. Nasz kraj jest największym państwem Europy Środkowowschodniej, w której często występuje wspólnota interesów w UE. Jeżeli Warszawa potrafiłaby stworzyć koalicje państw, które na kolejnych szczytach przeforsowywałaby swoje postulaty to znaczenie Polski wyraźnie by wzrosło. Krzepiące jest to, że już kilkakrotnie udało się polskiej dyplomacji na szczytach Unii odegrać rolę regionalnego lidera np. w sprawie paktu klimatycznego.
Z kolei w kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi trzeba prowadzić twardą grę. Amerykanie chcą wiedzieć czego ich partner oczekuje. Tak było w 2003 r. kiedy Turcja zarobiła krocie dzięki udostępnień swoich baz wojskowych w inwazji na Irak. Rząd Donalda Tuska próbował także twardo negocjować ws. tarczy antyrakietowej. W rezultacie tarcza powstanie na terenie polskiej bazy, gdzie będzie obowiązywać polskie prawo, będzie polski dowódca, jedynie silosy mają należeć do USA, cała infrastruktura zostanie wybudowana przez Amerykanów, a pod Warszawą stanie bateria rakiet Patriot, która ma bronić polskiego nieba. Niby wszystko pięknie, ale wyrzutnia Patriotów jest tylko jedna, a Polsce przynajmniej przydałoby się kilka. Z drugiej jednak strony polski rząd mówi, że to dopiero początek unowocześniania polskiej armii o amerykańskie technologie, pozyskiwane rzecz jasna po preferowanych cenach. Aby jednak tak się stało Warszawa powinna poprowadzić zręczną politykę. Być twardym, ale nie rezygnować z sojuszu. Waszyngton szanuje tylko silnych partnerów.
Jeśli chodzi o naszą obecność w Afganistanie to gabinet Donalda Tuska podjął bardzo mądrą decyzję o przejęciu przez polski kontyngent dowództwa nad jedną z prowincji: Ghazni, co rzeczywiście podkreśli naszą obecność na tej misji. Dobry ruch wykonał w tej sprawie również minister Sikorski inicjując grupę ds. Afganistanu, w której znalazły się państwa najbardziej zaangażowane militarnie w tym kraju. Jednocześnie rząd zapowiedział skupienie się jedynie na operacjach NATO i UE, co z politycznego punktu widzenia jest dobrym posunięciem, gdyż są to dużo ważniejsze misje niż np. pod flagą ONZ.
Polska dyplomacja nie powinna pozwalać sobie na błędy. Bez wątpienia błędem było zbyt szybkie poparcie premiera Rasmussena w wyścigu na fotel szefa NATO. Abstrahując od całego sporu na linii prezydent kontra premier, wystarczy popatrzeć na Turcję, która dzięki swojemu „nie” na szczycie w Strasburgu wzmocniła swoją pozycję w NATO o kilka kluczowych stanowisk. Inną dużą plamą było nie wejście Polski do grupy G 20. Jest to chyba największa klęska obecnej dyplomacji. Brak naszego państwa w tym ważnym gronie, może obniżyć siłę polskiego głosu we wszystkich sprawach dotyczących kryzysu, a także jest poważnym ciosem prestiżowym.
Od tego jaka będzie pozycja Polski w Europie i w świecie zależy tylko i włącznie od nas. Silna Polska w Europie to silna Polska dla Stanów Zjednoczonych. Dobre kontakty z USA, leżą w naszym najgłębszym interesie. Jednak nie powinniśmy się łudzić, że Stany stworzą z nas regionalne mocarstwo za nic. Wykorzystując nasze obecne atuty mamy szanse wejść do europejskiej czołówki i na tym winniśmy się skupiać. Od kilku miesięcy w Unii dyskutuje się nad projektem stworzenia grupy najważniejszych państw Wspólnoty. Do tego grona ma należeć również Polska. Jeżeli taki dyrektoriat powstanie to możemy mówić o powrocie Polski, po ponad 300 – letniej przerwie, do grupy najważniejszych europejskich graczy. |
|
Maj
20
|
Amerykanie pokochają samochody ekologiczne? |
|
Magdalena Górnicka
|
Nowe limity spalania benzyny, które ogłosił prezydent Obama, pewnie spędzą sen z powiek wielu producentom aut.Toyota może spać spokojnie. Auta o napędzie hybrydowym wprowadziła do Stanów już dekadę temu. Dzisiaj, gdy pozostałe koncerny ledwo zipią i dodatkowo, są zmuszone do zasadniczej zmiany części produkowanych modeli, japoński producent prowadzi w rankingu marek samochodowych "Brand Advocacy Quotient" . Jest on o tyle ważny, że oparty jest na podstawie opinii konsumentów, a nie dziennikarzy motoryzacyjnych, często szczodrze obdarowywanych za pozytywne artykuły przez PR-owców producentów aut. Chociaż kryzys być może te podarki uszczuplił... We wspomnianym rankingu, Toyota zebrała najwięcej punktów. Kolejne marki aut to: Honda, Lexus i Acura. Ta druga marka należy zresztą do producenta Toyoty. Pierwszym masowo produkowanym autem osobowym z napędem hybrydowym była Toyota Prius . W 2004 roku ten model zdobył tytuł auta roku w USA. Samochód stał się popularny wśród mieszkańców dużych miast, a także wśród świadomych ekologicznie gwiazd Hollywoodu, które o swoim eko-aucie często wspominały w wywiadach. Jedną z pierwszych fanek marki była Natalie Portman. W ten sposób Toyota Prius stała się swoistym manifestem poglądów politycznych i miała reprezentować liberalnych enviromentalistów (których guru - zwłaszcza od czasów "Inconvenient Truth" - jest Al Gore). Konserwatyści, dotychczas jeżdżący SUV-ami, do Toyoty Prius podchodzą ostrożnie, ale jest wśród zwolenników prawicy także spora grupa entuzjastów hybrydowego auta. Prius, dzięki długiej obecności na rynku, a także byciem pierwszym w swojej kategorii (co, zdaniem Ala Riesa, amerykańskiego klasyka marketingu, jest podstawą sukcesu marki), stał się marką - deklaracją . Prius oznacza bowiem dbanie o środowisko i doskonale wpisuje się w ekologiczny styl życia. Właściciel tego auta ma więc czyste sumienie, jest eko-friendly i oszczędza pieniądze na benzynie - choćby miał je nawet wydawać na hamburgery w McDonaldzie, kupowane oczywiście przez McDrive'a, przed którego okienko podjeźdża swoją eko-Toyotą. |
|
Maj
17
|
Michelle Obama spełnia marzenia studentów |
|
Magdalena Górnicka
|
O kampusie University of California w Merced to niedawna nikt nie słyszał. Ot, kolejna prowincjonalna uczelnia, na którą idą ci, którzy nie dostali się na uniwersytety z Ligii Bluszczowej - UC Merced miał więcej wolnych miejsc niż było chętnych. Teraz o Merced mówi się równie często, jak o Harvardzie czy Yale - Michelle Obama wygłosiła tam bowiem pierwsze oficjalne przemówienie do absolwentów [commencement speech zazwyczaj wygłasza wpływowa, ważna osoba z danej społeczności, choć nie tylko]. Uroczystość to spore wydatki: 700 tys. dolarów. Władze UC Merced liczyły, że pieniądze zwrócą się z nawiązką i były gotowe nawet zaciągnąć pożyczkę na ten cel. Największa korzyść to oczywiście korzyść wizerunkowa: osławione UC Merced nie będzie miało problemów z zapełnieniem list studentów, wraz z nimi znajdą się i sponsorzy. Co więcej, przygotowania do wizyty Michelle Obamy, stworzyły też nowe miejsca pracy (choćby tymczasowej). Największym problemem były braki w infrastrukturze - nie było odpowiednio dużych parkingów czy wystarczającej liczby miejsc w hotelach. Dlaczego więc pierwsza dama wybrała taką - teoretycznie mało odpowiednią - uczelnię? Studenci UC Merced rozpoczęli kampanię, której celem miało być zaproszenie Michelle Obamy. Zalewali jej sekretariat e-mailami i listami, a w lutym - przesłali setki kartek walentynkowych . Dodatkowo, założyli grupę "The 'Dear Michelle' Campaign" na Facebooku . Studenci, ale także ich rodzice i wykładowcy, stworzyli film " We Believe in Michelle Obama." i zamieścili je na YouTube. Michelle Obama przyjęła tak złożone zaproszenie, ponieważ - jak mówiła jej rzeczniczka prasowa - "pierwsza dama była poruszona wysiłkami studentów". Potwierdziła to podczas przemówienia w UC Merced: "To wy mnie zainspirowaliście" . Michelle Obama wezwała też absolwentów uniwersytetu, by byli gotowi spłacić dług wdzięczności wobec tych, którzy umożliwili im ukończenie edukacji. Podczas uroczystowści, rektor UC Merced ogłosił, że ogród ośrodka opiekuńczo-edukacyjnego dla dzieci pracowników i studentów uniwersytetu, Early Childhood Education Center, będzie nazwany na cześć pierwszej damy Michelle Obama's Garden for Young Children. |
|
Maj
14
|
Obama i prasa - miesiąc miodowy trwa |
|
Magdalena Górnicka
|
|
Obchody 100 dni prezydentury Baracka Obamy, zostały w mediach nieco przyćmione przez świńską grypę. Jednak zapobiegliwe redakcje, jak gdyby przeczuwając pandemię, zaczęły publikować materiały podsumowujące trzy miesiące Obamy już na długo przed samą rocznicą. Sekretarz prasowy prezydenta, Robert Gibbs, ocenił przy okazji korespondentów akredytowanych przy Białym Domu na „szóstkę z plusem” i stwierdził, że wykonują oni swoją pracę nadzwyczaj dobrze, jeśli chodzi o przedstawianie wyborcom codziennej pracy administracji Baracka Obamy. Nie wszystkim dziennikarzom spodobała się nie tyle ocena, co samo wystawienie cenzurki przez prezydenckiego rzecznika. Jak pokazało jednak doroczne przyjęcie Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu, ludzie mediów nie żywią urazy ani do Gibbsa, ani tym bardziej do samego prezydenta, za protekcjonalne traktowanie. „Większość z was o mnie pisała, wszyscy na mnie głosowaliście” – żartobliwie przywitał dziennikarzy Barack Obama. Tymczasem wyniki monitoringu mediów przeprowadzone przez Pew Research pokazują, że dziennikarze nie tylko pisali o Obamie dużo więcej niż o poprzednich prezydentach, ale w większości były to informacje pozytywne. Przez pierwsze dwa miesiące prezydentury, 42 proc. doniesień prasowych na temat Baracka Obamy, miało wydźwięk pozytywny. W przypadku Billa Clintona, odsetek ten wynosił 30 proc., a George’a W. Busha – 25 proc. Negatywnie o Obamie pisano tylko w co piątym artykule, a wiadomości neutralne stanowiły 38 proc. przekazu medialnego dotyczącego prezydenta. Ta ostatnia liczna może jedynie dawać nadzieję, że obiektywizm amerykańskich mediów nie jest całkowitym anachronizmem. Albo ich wiernopoddańczość w stosunku do nowego prezydenta nie jest aż taka, jak mogłoby się na początku wydawać. Co ciekawe, najbardziej neutralne w ocenie Obamy są media internetowe. Najbardziej pozytywnie o prezydencie wypowiadają się prowadzący wieczorne programy publicystyczne. Najbardziej obiektywnymi mediami są wg raportu Pew Research, publiczne radio NPR i telewizja PBS. Wygląda na to, że dobra ocena Baracka Obamy wynika bardziej z jego umiejętności dostosowania się do dominującego dyskursu, niż ze ślepego uwielbienia dziennikarzy i wydawców. Nie negując i tego czynnika, trzeba pamiętać, że dziennikarskimi wypowiedziami kierują przede wszystkim oczekiwania ich czytelników. System medialny USA, w pełni oparty na zasadach rynkowych, już dawno zamienił informację w produkt. Dodatkowo, walkę o czytelników zaostrzył kryzys gospodarczy i widmo bankructwa pojawiające się przed wieloma gazetami. Co więcej, silna konkurencja ze strony mediów internetowych (jak choćby Politico.com czy HuffingtonPost.com) sprawiła, że czytelnika trzeba kusić tym, co jest atrakcyjne dla niego. A dla czytelnika tematem atrakcyjnym jest Barack Obama. Ponad 60 proc. Amerykanów popiera jego pracę, więc oczekuje dobrych wiadomości. Ci, którzy za Obamą nie przepadają, i tak o nim piszą. Więcej – dla znacznej części prawicy Barack Obama to temat numer jeden, pojawiający się na czołówkach o niebo częściej niż kreowany na nową gwiazdę Republikanów Bobby Jindal. Dowodzi to tylko, że prezydent i dziennikarze żyją w symbiozie. I to znacznie silniejszej, niż w przypadku poprzednich mieszkańców Białego Domu. Obama narzucił niezwykle nowatorski sposób narracji jeszcze w czasie kampanii wyborczej. Media ową narrację podchwyciły, a wyborcy – czytelnicy – się do niej przyzwyczaili. Dziś, gdy proza dnia codziennego w Waszyngtonie, nie przypomina 24 – godzinnego amerykańskiego snu, zarówno prezydent, jak i media, muszą zachować pewne pozory, by dać Amerykanom to, do czego ci się już przyzwyczaili, co polubili i za czym zagłosowali 4 listopada. Dodatkowo, Biały Dom – poprzez stworzenie systemu bezpośredniej komunikacji z wyborcami (blog, orędzia na YouTube) – stał się w pewnej mierze konkurencją dla środków masowego przekazu. Przestał być bowiem jedynie źródłem, stał się również nadawcą. Składnikami mów starożytnych retorów były m.in. exordium i peroracja. Pierwsza z nich to wstęp, mający na celu pozyskanie przychylności słuchaczy i krótkie przedstawienie im tematu mowy. Drugi - to element wieńczący mowę, powtórzenie tego, co zostało zawarte we wstępie, jednak w sposób znacznie bardziej emocjonalny. Prezydent i media tworzą więc jedną, wspólną narrację. Zaczynają zazwyczaj media, wytykając administracji Obamy niedotrzymanie jakiejś obietnicy, albo po prostu poruszając ważny społecznie problem. Amerykanom się to podoba, ponieważ zazwyczaj oddaje to ich poglądy i zwyczajne troski. Prezydent natomiast (przeważnie) się zgadza, potwierdza wagę tematu, ale często czyni to w sposób emocjonalny, odwołując się do znajomej wyborcom retoryki z czasów kampanii. Odzwierciedla to przede wszystkim tematyka informacji dotyczących prezydenta. Aż 44 proc. wiadomości dotyczy samej osoby Baracka Obamy – jego stylu przywództwa i zalet osobistych ( w przypadku George’a W. Busha, było to 22 proc., a Billa Clintona – 26 proc.), a 31 proc. to relacje z kontaktów prezydenta ze zwykłymi Amerykanami. Według tych doniesień, Obama to znacznie bardziej „ludzki” prezydent – spotkań z wyborcami dotyczyło tylko 16 proc. informacji o Clintonie w odnośnym okresie, a tylko 8 proc. w przypadku Busha. Chociaż prezydent raczej woli gościć u Jaya Leno. Za psz.pl. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.
|
Najnowsze
- XI Forum Polityki Zagranicznej
- 2nd International Nuclear Energy Congress
- Łódź: transmisja wykładu dr Ryszarda Praszkiera
- "Polsko- Amerykańska współpraca oraz przyszłość NATO"
- Wykład: Kapitał społeczny w głebokich, pokojowych transformacjach społecznych na przykładzie polskiej podziemnej Solidarności i amerykańskiego Ruchu Praw Obywatelskich
- Trzeba odkrywać Amerykę
- Waszyngton a sprawa polska
- Polonia w Chicago już 121 raz świętowała na paradzie 3 maja
- Amerykańska Polonia walczy o zniesienie wiz
- Mała Polska w New Britain




22 maja "Financial Times" podał, powołując się na polskiego wiceministra obrony Stanisława Komorowskiego, że na mocy bilateralnego paktu bezpieczeństwa Polska dostanie baterię rakiet Patriot rozlokowaną pod Warszawą wraz z setką amerykańskich żołnierzy jeszcze przed końcem tego roku. Jednak według Amerykanów bateria w Polsce ma być nieuzbrojona i przeznaczona jedynie do celów szkoleniowych, co z kolei kłóci się z polskim stanowiskiem.
W najnowszej książce Georga Friedmana “The Next 100 Years: A Forecast for the 21st Century” pojawia się scenariusz przyszłości świata. Amerykański analityk kreśli wizje ze wszech miar dla polskiego czytelnika przyjemną. Polska stanie się potęgą i to dzięki Staną Zjednoczonym, które zaniepokojone pomysłami Rosji będą pod koniec nadchodzącej dekady transferować do naszego kraju coraz to nowsze technologie (polityka już znana z przeszłości np. z Korei Płd., RFN czy Izraela). Umocniona w ten sposób Polska weźmie udział w wojnie rozpoczętej w 2054 roku pomiędzy koalicją japońsko – turecką a Stanami Zjednoczonym. Z czasem do wojny dołączą kolejne kraje. Nasze państwo będzie musiało z kolei się zmierzyć m.in. z Niemcami i Turcją, jednak z pomocą USA Rzeczpospolita wyjdzie z tej wojny zwycięsko i stanie się światowym mocarstwem.
Nowe limity spalania benzyny, które ogłosił prezydent Obama, pewnie spędzą sen z powiek wielu producentom aut.
O kampusie University of California w Merced to niedawna nikt nie słyszał.
Przyjęcie dla korespondentów akredytowanych przy Białym Domu potwierdziło tylko to, o czym mówiły instytuty badania mediów: dziennikarze i prezydent żyją w symbiozie, więc lepiej dla nich, by się lubili.
